niedziela, 5 grudnia 2010

A miało być tak pięknie...

Czas na refleksję po dwóch ostatnich spotkaniach. W Eurolidze z Sopronem i w polskiej lidze z AZS-em Gorzów. Tytuł mówi sam za siebie… Jest to fragment piosenki Happysad - A Miało Być Tak Pięknie, którą nuciliśmy w drodze na Węgry. Uznałem, że idealnie odda moje osobiste odczucia, gdyż w obu przypadkach wierzyłem  i bardzo liczyłem na zwycięstwo.


1.12.2010 - MKB Euroleasing Sopron – Lotos Gdynia  88-76

Był to szósty mecz w Eurolidze i niestety po raz piąty wróciliśmy „na tarczy”. Do Sopronu przybyła 30-osobowa grupa fanów z Gdyni, w tym ja, także miałem przyjemność obejrzeć ten mecz. A było co oglądać. Węgierki odskoczyły już na samym początku i goniliśmy je przez całe spotkanie. A że obie drużyny grały szybko i w miarę skutecznie (skuteczność powyżej 50%), praktycznie punkt za punkt – już ich nie dogoniliśmy. Mimo porażki, powodem do zadowolenia jest dyspozycja Moniki Wright. Monia w końcu wyrasta – a nawet już wyrosła – na liderkę, którą miała być od samego początku. Jednak nawet jej 23 punkty, dobra gra całego zespołu i gorący doping ze strony fanów Lotosu nie mogły dać zwycięstwa. Powód jest jasny i chyba nikogo nie dziwi – Angel McCoughtry.  Była wszędzie na parkiecie. Zdobyła 32 punkty, przechwyciła kilka ważnych piłek, nie zanotowała ani jednej straty. Taki gracz to prawdziwy skarb. Zaryzykuję stwierdzenie, że bez niej Sopron nie wygrałby nic. A na pewno nie mecz 6. kolejki przeciwko Lotosowi Gdynia. Do tego dostała porządne wsparcie od Zane Tamane (20 punktów). Przegrana boli, wiadomo. Jednak gramy dalej i wciąż jest szansa, że pokonamy Gospic i Rivas i cudem wskoczymy na czwarte miejsce w grupie.
Podsumowując po raz pierwszy, bardzo się cieszę, że wyjazd kibiców doszedł do skutku, mimo wszelkich przeciwności losu. I mimo niekorzystnego wyniku bawiłem się świetnie. Dlatego pragnę podziękować całej ekipie, która była w Sopronie. Mam nadzieję, że kolejne równie udane „podróże” czekają na nas w niedalekiej przyszłości.
Podsumowując po raz drugi, na koniec zostawiłem najmilszy akcent wyjazdu. Na trybunach przebywała Dora Horti (zamieniła Sopron na Gdynię; dopiero wraca do gry po operacji barku). Nie umknęło to uwadze „starego lisa” rzymiego i po chwili cały sektor skandował jej nazwisko. Mina Dory była bezcenna! W przerwie udzielała wywiadu przy parkiecie więc i tym razem nie spaliśmy. Po kilku okrzykach w jej stronę, podeszła przywitać się ze swoimi nowymi fanami – bardzo miłe! Nie uchroniła się od pamiątkowego zdjęcia. Śpiewaliśmy: „Dora jest nasza, Dora do nas należy…”. Oczywiście nic nie rozumiała ale bardzo się cieszyła i to było najważniejsze!




                                                        foto: własne; Dora Horti


4.12.2010 – Lotos Gdynia – AZS Gorzów 51-60

Ledwo wróciliśmy z Sopronu a tu już kolejny mecz! Mistrz kontra vice-Mistrz. Brzmi co najmniej… ekscytująco. Gdy wracaliśmy z wyjazdu, na jednym z przystanków padło hasło: „Gorzów przegrał dwudziestakiem z Bourges”. Pomyślałem, że to jakieś żarty. Nie wierzyłem, dopóki nie zobaczyłem wyniku. Porażki w Toruniu i we Francji miały stanowić o chwilowym kryzysie gorzowskiego zespołu. Do tego nasza nowa rozgrywająca – Ketia Swanier z Phoenix Mercury. W takim razie do meczu podszedłem z umiarkowanym spokojem – mamy szansę wygrać. Jednak apetyt rośnie w miarę jedzenia. A co tam, wygramy!

Żyłem tym utopijnym hasłem do pierwszego gwizdka. Od samego początku nie byliśmy tą samą drużyną, która grała przeciwko Węgierkom. Szybko oddaliśmy prowadzenie. Nic nam nie wychodziło, rzuty nie wpadały, poddania częściej lądowały na aucie bądź w rękach przeciwnika. Można powiedzieć, że to najprostsze sprawozdanie z meczu. Z jednej strony dobra obrona Gorzowa, z drugiej nasza niemoc w ataku i momentami nieporadność w obronie. „Pchaliśmy” piłkę pod kosz i niestety nic z tego nie wynikało. Szanuję Pana Trenera i myślę, że sam wie, co robi. Jednak nie do końca rozumiałem ten mecz pod względem decyzji trenerskich. Ale tak bywa, każdemu zdarza się słabszy dzień (i drużynie i mi w tym wypadku).

Na szczęście gorzowianki również nie grały „swojego basketu”. Jo Leedham nie miała siły dorzucić „zza łuku”. Gdyby nie Yelena Leuchanka.. Piszę Leuchanka a nie Lewczenko i już tłumaczę dlaczego. Miałem przyjemność zamienić z nią słowo w dość niespodziewanych okolicznościach. W skrócie: „Leuchanka” widnieje we wszelkich papierach, paszporcie itp. dlatego Jelena używa tej formy, aby uniknąć formalnych nieścisłości z inną formą nazwiska. W każdym razie Białorusinka praktycznie w pojedynkę wygrała ten mecz. W naszej ekipie znów wyróżniała się Monica Wright. Skuteczność obu zespołów (po 36%) oraz liczba strat – 50, w tym 30 Lotosu – mówią same za siebie. Nie był to ładny mecz. To był wyjątkowy brzydki mecz. Jednak i takie spotkania trzeba wygrywać. Niestety, to nie Gorzów wygrał, lecz my przegraliśmy na własne życzenie, wręcz oddaliśmy zwycięstwo.

Postanowiłem oszczędzić sędziów od mocnych słów. Jednak mój najukochańszy i najlepszy ze wszystkich – pan Jakub Zamojski – przechodził momentami samego siebie. Pan Trawicki również. Oczywiście, rozumiem, że mogliśmy grać lepiej, dokładniej, skuteczniej i wtedy ich pomyłki bądź decyzje, z którymi osobiście się nie zgadzałem, nie miałyby znaczenia. Ale niestety, graliśmy źle a ich bzdurne reakcje tylko dolewały oliwy do ognia i doprowadzały wszystkich kibiców do szewskiej pasji. Równie irytujące były próby „oddawania” fauli, czyli gwizdki w momentach, w których faulu nie było. Tak się nie naprawia błędów! W każdym razie mecz zakończył się różnicą 9 punktów. Czyli 4 złe decyzje (a było ich ze sto razy tyle) sędziów mogły mieć znaczenie dla wyniku. Jednak nie obwiniam ich za porażkę, powinniśmy zagrać lepiej i już.

Na koniec chciałbym wspomnieć o naszej „nowej”. Ketia Swanier zagrała 12 minut i zdobyła 5 punktów. Podobało mi się jej zaangażowanie, kontrola piłki i szybkość. Bała się rzucać, ale nie oczekujmy nie wiadomo czego po jednym treningu. Z niecierpliwością czekam na kolejne mecze i czuję, że Ketia będzie bardzo ważnym ogniwem naszej drużyny.

I jeszcze na drugi koniec. Serdeczne podziękowania dla kibiców Vistalu Łączpol Gdynia, którzy regularnie wspierają nas w dopingu. Tak było i tym razem. 7 osób z ekipy VŁG dzielnie dopingowało gdyńskie koszykarki. Dziękuję!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz